Łzy, to krew mojej duszy, a szlochanie to jej nierozumiana, agonalna pieśń. Wyszła do połowy z ciała. Muszę podtrzymywać ją za kostki, by pętla na jej szyi się nie zacieśniła. Nie zasługuje na to. Ja też.
skomentuj (0)I dostałam strzałą amora- prosto w łeb. Amor wcale nie jest słodkim dzieciakiem z burzą złocistych loków na głowie. To zaróżowiony, tłusty karzeł strzelający na oślep po ludziach. Zamiast zauroczenia nabawiłam sie dziury w mózgu. Boję się iść na przód. Stać w miejscu też niedobrze ,a o powrocie nie ma mowy. Nigdy nie spodziewałam się, że kiedykolwiek za cel obiorę sobie... brak celu. Przynajmniej nie będzie mnie czekało rozczarowanie :)
skomentuj (0)Gdy po raz wtóry po Twym niebie wędruje czarne słońce, prawdopodobnie wkrótce porzucisz wyczekiwania jego ponownego wschodu. Nadzieja każe Ci oczyma błądzić po horyzoncie. Lecz Ty spuść wzrok na okaleczone stopy i wyszukuj ostrych kamieni, by nie narażać się więcej na zbyteczny ból. Jeszcze wiele musisz przejść, by odnaleźć ten nieboskłon, po którym wspina się złote słońce, a pochmurne dotychczas niebo rozlewa się beztroskim błękitem. Nie poddawaj się, gdy konasz niesłyszanym w wołaniu o zaistnienie. Nie poddawaj się, gdy znój wędrowki pęta serce chcąc powstrzymać jego bicie. Nie poddawaj się, gdy czarne słońce zaszczepi w Tobie mrok i ugnie kolana. Brnij dalej i poddaj się ludzkiej ciekawości, co czeka Ciebie za najbliższą górą. I pamiętaj, że po mozolnej wspinaczce na szczyt, schodzenie w dół jest tak lekkie...
skomentuj (0)
Akt I
Narodziny
W akcie pierwszym przychodzę na brutalny świat. Wyszarpana z
bezpiecznego łona matki wydaję rozdzierający serca krzyk. Publiczność
się cieszy i bije brawa- w końcu płacz znaczy, że żyję. A ja cierpię,
bo się urodziłam. Tylko Cierpienie daje mi znać o realiźmie egzystencji
i nie pozwala mi się stąd uwolnić. Trzyma mnie kurczowo za kostki. Nie
mogę zrobić kroku w przód, bo polegnę. Już na etapie narodzin otoczenie
przyzwyczaja mnie do uzależniania się od niego. Wgniatana jestem w
system współzależności od wszystkich i wszystkiego. Uzależniona od
potrzeb fizjologicznych zaspokajanych przez ciało. Zniewolona od
potrzeb psychologicznych, zaspokajanych przez ludzi.
Akt II
Życie
W akcie drugim przystosowuję się do życia. Upadam i podnoszę się.
Prowadzę niby-szczęśliwe niby-życie, a publiczność kiwa entuzjastycznie
głową, ponieważ u bohatera następuje progres. Każdy upadek oznacza
doświadczenie, a każde powstanie- zwycięstwo nad nim. Nikt nie wie, że
za sznurki podnosi mnie Cierpienie, które egoistycznie napawa się
każdym moim upadkiem i nie chce przerywać mojej heroicznej walki o
Śmierć. W akcie drugim pojawia się Miłość. Miłość i Cierpienie, to
odwieczne przyjaciółki. Miłość i Cierpienie to dwie wyrachowane, podłe
suki. I niestety, to one rządzą człowiekiem wzbudzając w nim wszystko,
co podłe, bowiem z toksycznej zależności na linii Miłość- Cierpienie
zrodzona jest Nienawiść. Czuję się w tym trójkącie popychadłem
bezsilnie przerzucanym z jednych rąk do drugich.
Jednocześnie zaczynam wybijać się z systemu uzależnień. Wolna część mnie przywołuje Śmierć.
Akt III
Czekanie na Śmierć.
Śmierć?- tak lekka, tak zmysłowa i tak kojąca. Stoi obok, uśmiecha się
zalotnie, jak gdyby chciała mnie uspokoić, że to się niedługo skończy.
Odchodzi wymownie milcząc. Jest moim trofeum, na które jeszcze nie
zasługuję.
Z trudem zaczęrpuję powietrza, które miażdży mi płuca. Mieszanka gazów
jest teraz gęstą trucizną, która zamiast podtrzymywać życie, wyżera mnie od środka.
Błagam, by każdy oddech był tym ostatnim, agonalnym. Zamykam spuchnięte
powieki i czekam, by nie musieć ich więcej otwierać. Są jak kotary
zasuwane po dramatycznym spektaklu. W moim teatrze, gdy krwistoczerwony
welur muska deski sceny, cały świat ginie. A ja zostaję sama z Miłością,
Cierpieniem i Nienawiścią.
Przeżyłam najpiękniejszy maj swojego życia. Trwał od marca, a skończył się wraz z dniem siódmego czerwca. Naiwność ma mi kazała wierzyć, że przełknę poczucie krzywdy i zbiorę swoje rozsypane ego z podłogi. Chwilę udawałam, że potrafię się pogodzić z odrzuceniem i wyciągnąć do niego rękę w celu współpracy. Spojrzałam w lustro a lustro patrzyło na mnie. Krzyczałam do niego "Przegrana! Przegrana!". Odbicie uroniło łzę i zatopiło dłonie we włosach. Uklęknęło i nie podnosiło się dłuższą chwilę poddając się bezwiednie moim atakom pogardy. Nienawidzę go. Nienawidzę. Mam ochotę potłuc wszystkie lustra, by nie musieć go więcej oglądać. Niech mnie opuści. Nie chcę mieć odbicia, ani cienia. Nie chcę być myślą, ani wspomnieniem. Nie chcę luster w oczach ludzi.
skomentuj (0)
Dumo, czymże jesteś?
Jesteś potworem.
Niszczycielką.
Piekłem.
Krzywdą.
Schematem.
Budzisz się, by mnie chronić. Dziękuję, lecz zaczynasz przypominać wścibską teściową. Pozwól mi żyć samodzielnie, a i innym żyć w spokoju przy mnie. Czas się rozejść i poprzepraszać za Twoje błędy wszystkich tych, którym sprawiłaś cierpienie.
Z lewego ramienia z nieopisaną gracją sfrunął anioł. Był elegancki i dystyngowany. Zawsze mi podpowiadał, jak mam uszczęśliwiać innych. Prawego ramienia kurczowo trzyma się diabeł- ten natomiast podpowiada mi, jak mam uszczęśliwiać siebie. Mój anioł tchórz spieprzył zdegustowany tym, w jaki sposób wprowadzam w życie porady rogatego. A ja z braku równowagi krzywię kręgosłup moralny.
Aniele, tchórzu mój,
Wróć do mnie, przy mnie stój.
Rano, wieczór i gdy zbłądzę
Racz mi świecić na mej drodze.